Zupełnie nie wyobrażam sobie obecnych studentów w roli Szarych Szeregów, młodego pokolenia AK

Polska Agencja Prasowa: Dwa lata pandemii, wybuch wojny w Ukrainie — te bardzo istotne wydarzenia ostatnich lat odcisnęły, pana zdaniem, duże piętno na młodych ludziach, studentach wkraczających w okres dorosłości?

Prof. Aleksander Nalaskowski: Nie. Moje zdanie, ale powtarzam, tylko moje zdanie, jest takie, że wcześniej wytresowani chaosem słownym, słowami oderwanymi od znaczeń, zmiennością, fałszem polityków, zupełnie przestali się tym interesować. Oczywiście włączają się w akcje charytatywne, ale jest to naturalny i — przepraszam za wyrażenie — dość modny odruch. Nie widzę tutaj głębi rozumienia politycznego. Wynika to z braku zainteresowania historią. To dotyczy także młodzieży akademickiej. Ma to w tym wypadku niezwykle istotne znaczenie. Wielokrotnie na egzaminach zadawałem pytania dotyczące historii i wielu studentów się na tym wykładało. Były to bardzo podstawowe pytania. Nie zacytuję odpowiedzi, bo nie chcę nikogo ośmieszać.

Brak zainteresowania historią powoduje, że młodzi ludzie nie umieją nadać bieżącym procesom społeczno-politycznych określonych znaczeń?

Dokładnie tak. Oni nie rozumieją ciągłości historycznej. Nie rozumieją, jeżeli chodzi o Ukrainę, zjawiska wojny. Moi rodzice przeżyli wojnę. Roczniki wkraczające dziś na studia mają rodziców urodzonych w latach 70. XX wieku, a nawet 80. Ci rodzice kompletnie nie przekazali wiedzy dotyczącej drastyczności wojny, jako takiej. Młodzi ludzie już tak się przyzwyczaili do chaosu, do zaskakujących zjawisk, że przestały być one dla nich zaskakujące. Jedna wojna więcej, jedna wojna mniej…

Możemy w ogóle dokonać takiego uogólnienia, bo pewnie są też jednostki wyróżniające się na tym tle?

Oczywiście, zawsze uogólnienie jest niedoskonałe, dlatego podkreślam, że mówię tylko o swoich doświadczeniach. Nie ma na ten temat żadnych badań, ale może młodsi koledzy — daj Boże — się tym zajmą. Gdy jednak rozmawiałem z młodymi ludźmi o wojnie, to usłyszałem gotowce, gotowe sformułowania, bezemocjonalne. Żeby zrozumieć tę wojnę, trzeba albo usłyszeć opowieści swoich rodziców o tułaniu się po świecie, byli wygnani ze swoich domów w czasie wojny, albo tego dotknąć, zobaczyć. Obraz wojny w telewizji jest mniej przerażający, niż obraz wojny w filmach katastroficznych. On też nie robi wielkiego wrażenia.

A może jest trochę tak, że mamy do czynienia z pokoleniem, które jeździło po świecie, ale ten świat oglądało nieco przez szybę. Jak ktoś jechał do Afryki, to siedział w hotelu nad basenem i niewiele interesowało go to, czym żyją i jak żyją tam ludzie. Może wakacyjny obraz nie był obrazem prawdziwym, niewiele mówił?

Wiele osób zachwycało się światem z nieograniczoną możliwością podróżowania, ale często dostawało świat uładzony, dostosowany do obserwatora z zewnątrz. Pamiętam swój wyjazd do Meksyku, gdzie widziałem ogromną, dojmującą, wszechobecną biedę. Gdybym pojechał tam z wycieczką, to pewnie by mi tej biedy nie pokazano. Zapuszczałem się jednak w miejsca, gdzie ta bieda była wręcz przerażająca. Tego brakuje w oglądzie świata, to jest taki świat z folderów turystycznych, to nie jest świat realny, ale enklaw przygotowanych dla turystów.

Pomijając jednak to, chodzi o ogromny chaos informacyjno-medialny. Kłamstwo przybrało zupełnie inną formę. Teraz kłamstwo polega na tym, że podaje się wiele różnych wersji tego samego zdarzenia. Ktoś był z wizytą w Danii, a inne medium poda, że chodzi o Kenię, a jeszcze inne, że o Irlandię. Młodzież jest wychowywana w tym chaosie. Więcej, jest tak do niego przyzwyczajona, potrafiła się w nim zaadoptować, że nawet nie myśli o zmianie tego stanu rzeczy. Jeżeli sobie nie radzi, to nawet nie wie, że sobie z tym nie radzi. Młodych ludzi nie opuszcza doskonałe samopoczucie. Czują się młodymi lwami czekającymi na przyszłość. Każdy ma plany. Chce być bogaty, zdrowy i dużo zwiedzać, ale wielu z nich nie rozumie tego, że nie rozumie otaczającego świata.

Zadam więc pytanie wprost, czy młode pokolenie Polaków jest gotowe, nie daj Boże, na doświadczenie wojny?

Nie jest gotowe. Oczywiście nadzwyczajna mobilizacja zawsze powoduje nadzwyczajne zachowania. Tutaj jest jednak coś innego. To najmłodsze pokolenie brzydzi się jedną rzeczą niezbędną w czasie wojny — przywództwem. Nie generuje liderów, przywódców. To rodzaj wyuczonej, chaotycznej anarchii. Słowo „ja” jest dla nich najważniejsze. Nadzwyczajna mobilizacja tworzy nadzwyczajne zachowania, więc trudno przesądzać. Alek, Zośka czy Rudy byli normalnymi licealistami, harcerzami, rozrabiakami — zanim stali się bohaterami. Hubala wyrzucano z kilku jednostek za zbyt swobodny tryb życia — także okazał się bohaterem. Czy jednak teraz takie postawy miałyby wymiar masowy? Szczerze wątpię. Zupełnie sobie nie wyobrażam obecnych studentów w roli Szarych Szeregów czy młodego pokolenia Armii Krajowej. Zupełnie tego nie widzę.

W chaos zostało wrzucone także pojęcie patriotyzmu. Został on zrównany niemal z nazizmem, faszyzmem. Ci młodzi ludzie w tym wszystkim żyją. Chłoną jak gąbka.

Są osoby, które przychodzą do pana i pytają o radę, o to, jak zbudować sobie fundamenty otaczającego świata? Są osoby, które pytają „jak żyć”? Co im pan profesor radzi?

Taki młody człowiek powinien zacząć od odrzucenia wszelkich opinii, które sączy mu się w mediach. Powinien, jak dalece to możliwe, wszystko sprawdzać sam, mieć własne zdanie. Nie może wierzyć mediom. W moich wykładach nie ma przestrzeni na tego typu porady, bo muszę trzymać się przedmiotu. Są jednak osoby pytające: jak żyć. Odpowiadam wówczas, że trzeba być samodzielnym, krytycznym w myśleniu. Nie można wierzyć niczemu i nikomu na słowo. Nie zakładajmy, że ktoś od razu chce nas okłamać, ale on może po prostu nie znać prawdy. Nie daj się wywieść w pole. Nie czytaj nagłówków, ale całe teksty. To moje porady.

Rozmawiał Tomasz Więcławski (PAP)

 


kk/PAP