Zapraszamy do lektury eseju ks. Józefa Tischnera pt. “Chochoł sarmackiej melancholii”, otwierającego jego pierwszą książkę „Świat ludzkiej nadziei”. Esej powstał w 1970 r., prawdopodobnie pod wpływem „Wesela” Wyspiańskiego wystawionego w krakowskim Teatrze im. J. Słowackiego. Fragmenty, które utworzą całość tekstu poniżej.
Czytajmy Tischnera!
Inni ludzie
Świat innych ludzi dzieli się na trzy kategorie: ludzi w jakiś sposób uczestniczących w świecie kolorowej Utopii, ludzi z obszaru codziennej prozy, ludzi względnie pobliskiego otoczenia. Postawa, jaką się zajmuje w stosunku do tych trzech kategorii ludzi, zawiera w sobie coś ze świadomości „złego uszczęśliwienia”, przenikającej chochoła. W każdym przypadku przejawia się jednak nieco inaczej.
Świat ludzi z obszaru promieniowania kolorowej Utopii jest światem baśni, cudownej, rajskiej legendy. Ludzie stamtąd mogą przynieść wyzwolenie. W stosunku do tych ludzi obowiązuje uczucie głębokiego nabożeństwa. Składa się ono z czci, najgłębszego szacunku, elementów misterium tremendum i fascinosum oraz troski, by przy przy-padkowym spotkaniu wypaść jak najlepiej. Odsłanianie przed nimi głębi osobistego nieszczęścia ma przynieść łaskę oszałamiającego wyzwolenia. W perspektywie tego świata nieszczęście uzyskuje ten sens, że jest podstawową racją wyniesienia upadłej istoty.
Doświadczenie prozy życia przynosi wiedzę o ludzkiej złośliwości, przewrotności, małostkowości, o ludzkim „zachytrzeniu”. W prozaicznym świecie trwa walka. Ofiarą tej walki jest sama sarmacka melancholia. Dlatego przybiera ona w stosunku do ludzi z tego obszaru postawę „z góry obronną”. Aby nie cierpieć od innych, sama w miarę możliwości zadaje innym ból. Podstawowym sposobem współistnienia człowieka z człowiekiem staje się kłótnia o drobiazg. Terenem kłótni jest ulica, ogonek, a szerzej rzecz ujmując, to wszystko, co gwarantuje anonimowość. Na tym obszarze własne cierpienie jest rodzajem „centrum wyładowań”, podczas gdy same wyładowania mają na celu „demokratyzowanie” świata przez prowokowanie w nim podobnych łez, jakie sam wylewam.
Kategoria trzecia to ludzie z otoczenia. Tutaj świadomość „złego uszczęśliwienia” dochodzi do pełni. Chochoł melancholii jest obolały na skutek porażek. Teraz czyni on ze swego bólu podstawowy motyw dowartościowania swej osoby przez innych. Pojawia się ruch odsłaniający ten ból i delikatna próba kokietowania nim otoczenia, a potem narzucania go innym. Cierpienie wywyższa. Melancholia domaga się satysfakcji od innych. Polegać to ma przede wszystkim na uznaniu, że dusza chochoła jest w swym cierpieniu subtelniejsza od innych dusz, które tak cierpieć nie potrafią. Cierpienie ma wynieść człowieka ponad świat banału i dać mu uczestnictwo w świecie kolorowej Utopii. Na tym jednak ruch się nie kończy. Ostateczny sens odsłaniania cierpień zdaje się być głębszy. Chodzi ostatecznie o to, by uzyskać uniewinnienie i satysfakcję za konieczność wyboru melancholii jako własnego sposobu bycia. Wybór był taki, a nie inny, bo człowiek cierpiał. Ale cierpienie ma wartość. Wartość cierpienia niech usprawiedliwia teraz trwanie w melancholii. Stosunkom z ludźmi zaczyna towarzyszyć subtelny rys masochizmu.
Wspólnym mianownikiem wszystkich trzech form odniesienia do drugiego człowieka jest świadomość cierpiętniczej wartości samego siebie, którą przeniknięta jest melancholia. Można w tym widzieć degradację chrześcijańskiej koncepcji wartości cierpienia. O ile w chrześcijaństwie cierpienie miało wartość, ponieważ przynosiło jedyny w swoim rodzaju owoc, o tyle tutaj sam ból jest wartością. Cała reszta jest tylko okolicznościowym dodatkiem.