95. rocznica urodzin ks. prof. Józefa Tischnera

12 marca 2026 roku przypada 95.rocznica urodzin ks. prof. Józefa Tischnera, patrona naszej Fundacji.

Z tej okazji prezentujemy Jego tekst pt. “Czym jest filozofia, którą uprawiam” ze zbioru szkiców “Filozofia według wartości”, w którym znajduje się jego refleksja nad tragiczną śmiercią Stanisława Pyjasa, działacza opozycyjnego i studenta filologii polskiej i filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, z maja 1977 roku.

Wydarzenie to stało się bezpośrednią przyczyną tzw. “Czarnego Marszu” – masowych demonstracji studentów bojkotujacych w ten sposób trwające juwenalia oraz sprzeciwiających się niewykryciu „nieznanych sprawców”, winnych śmierci Pyjasa.

 

CZYM JEST FILOZOFIA, KTÓRĄ UPRAWIAM

Zastanawiam się, gdzie mam szukać owej filozofii, “którą uprawiam”: czy w opublikowanych tekstach, czy w moich marzeniach. Bliższe mi są marzenia, ale ludzie sądzą z tego, co mają do dyspozycji. A do dyspozycji mają bardzo niewiele. Jestem autorem jednej książki, w której pomieściłem prace eseistyczne z okresu mniej więcej dziesięciu lat. Nadałem tytuł całości: Świat ludzkiej nadziei. Ponadto napisałem kilkadziesiąt innych artykułów, które zostały opublikowane w rozmaitych periodykach i które także bezpośrednio lub pośrednio dotyczą ludzkiej, czyli naszej nadziei. Wśród nich jest trochę polemik: z tomizmem, marksizmem, spór o to, jaką twarz ma współczesna filozofia. Do tego dochodzą jeszcze prace specjalistyczne, którymi prawie nikt się nie interesuje. Aha, i jeszcze szuflada! W szufladzie jakieś trzysta stron poświęconych aksjologicznej teorii świadomości. Z upływem lat strony te stają mi się coraz bardziej obce.

Jestem także podmiotem marzeń. Od czasu do czasu “marzę sobie” o tym, jaką filozofię trzeba by u nas dzisiaj naprawdę uprawiać, jakie pytania postawić, z kim podjąć polemikę, aby nie stać na marginesie światowego ruchu filozoficznego. Kiedyś wierzyłem, że marzenia te są planowaniem. Dziś wiem, że nic z tego nie wyjdzie. To, co powstaje, jest kompromisem między marzeniem a potrzebami chwili. Potrzeba chwili jest, jak się dotąd okazywało, mocniejsza.

Spójrzmy na potrzebę chwili.

Przyznam to otwarcie: na kształcie “mojej filozofii” wycisnęły głębokie piętno warunki, w jakich dotychczas żyłem i pracowałem. Sedno sprawy jest proste. Tak się jakoś złożyło, że n a j p i e r w zacząłem uczyć się filozofii, a dopiero potem n a   p r a w d ę spotkałem się z   c z ł o w i e k i e m. Filozofii zacząłem się uczyć głównie na tomizmie. Był to taki tomizm, na jaki nas wtedy było stać. Nie sądzę, żeby to był zły tomizm. Potem nastąpiło zetknięcie z konkretnym człowiekiem. Zostałem duszpasterzem “z prawem do filozofowania”. Przyszły rozmowy z ludźmi, spotkania, rozstania: konfesjonał, katecheza, kazanie, odprowadzenie na wieczny spoczynek i … kradzione chwile na studia. W międzyczasie miałem wiele szczęścia: spotkałem Romana Ingardena. Zaczęły się studia fenomenologii pod jego kierunkiem. A potem znów to samo: konfesjonał, kazanie, katecheza, wędrówka po cmentarzu, odwiedziny u chorego. Rygoroza doktorskie zdawałem, prowadząc jednocześnie pierwsze w życiu rekolekcje dla studentów.

Jaki był wynik owych spotkań?

Było nim odkrycie, że nasz współczesny człowiek wkroczył w okres głębokiego kryzysu swej nadziei. Kryzys nadziei jest kryzysem podstaw. Kiedyś ludzie zabijali się w imię wiary w wyższość własnej nadziei nad nadzieją cudzą. Dzisiaj “doduszają się” własną beznadziejnością.

To otwiera dla filozofii specjalne zadania i specjalne pole odpowiedzialności. Dla mnie oznaczało to duchowe rozstanie się z tomizmem. Wykładałem już wtedy filozofię w seminarium, wróciłem z zagranicy. O tym rozstaniu trzeba było powiedzieć otwarcie. Wtedy napisałem Schyłek chrześcijaństwa tomistycznego. Teza artykułu była prosta: to nie chrześcijaństwo przeżywa kryzys, ale jedna z jego wersji interpretacyjnych. Chrześcijaństwo jest nadal szansą.

W efekcie zasłużyłem sobie na to, że zaliczono mnie do fenomenologów (A. Stępień, M. Gogacz i in.) zainteresowanych w sposób szczególny “aksjologicznymi podstawami chrześcijaństwa” (T. Mrówczyński). Ale nie te klasyfikacje są dla mnie najistotniejsze. Najistotniejsza była n a z w a, którą znalazłem na określenie kryzysu.

Teraz trzeba było dawać odpowiedź. Szła ona w dwóch kierunkach, a obydwa były w jednakowym stopniu wyznaczone potrzebami chwili.

Kierunek pierwszy: popularyzacja. Istnieje w Polsce niezwykle wielka potrzeba popularyzacji filozofii, zwłaszcza filozofii współczesnej. Ludzie chcą, aby im mówić o rozmaitych “-izmach”. I to nie ze snobizmu, chcą autentycznie. Od tej potrzeby uciec nie można. Więc eseje o Marcelu, Heideggerze, Levinasie, Ricoeurze, Schelerze i wielu innych. To wszystko jako wynik wykładów, konferencji, seminariów. Przy okazji pytanie: do jakiego “-izmu” ja zaliczę siebie? Byłem przekorny. Postanowiłem filozofować “bez etykiety”. Fenomenologia to tylko metoda. Każdy jest w jakimś zakresie fenomenologiem. Ale metoda to nie żaden “-izm”. W tym postanowieniu nie wszystko jednak było przekorą. To stara prawda: kto zdecydował się na filozofowanie, powinien zejść z grzbietu klasyka. Spróbowałem schodzić z grzbietu klasyków. Co nie znaczy, że się odcinam. Sam wiem najlepiej, ile zawdzięczam Schelerowi i Levinasowi. Zarazem jednak wiem, że gdy stanąłem twarzą w twarz wobec n a s z e g o kryzysu nadziei, musiałem całkiem samodzielnie wymyślać i wymierzać słowa. Cóż więc było ostatecznym celem popularyzacji? Starałem się przywoływać na pomoc najbliższą mi myśl europejską dla ratowania naszej polskiej nadziei. Tak ściągałem z nich haracz za przedmurze i inne podobne historie.

Namawiano mnie także, abym czynił coś odwrotnego. Mówiono: trzeba dać się poznać światu, wejść w międzynarodowy dialog, pokazać, że my też rozumiemy hermeneutykę, dziejowość i epifanię twarzy (to Levinas). To piękna pokusa, ale dla mnie niemożliwa do zrealizowania. W mojej naturze leży egoizm. Nie mam zamiaru ratować nadziei Niemców, pokazując im Husserla, ani Francuzów, ucząc ich Bergsona czy Ricoeura. Ja sam jednak nie mogę nie znać tych panów. Powinienem ich znać, bo z tego może być pożytek przy szukaniu odpowiedzi na pytania zrodzone na tej ziemi. Egoizm jest zawsze źródłem ciasnoty. Wybrałem, aby być ciasnym i tępym filozofem Sarmatów. Staram się im wymyślać i dobrze im radzić. Na szczęście niezbyt mnie słuchają, więc i wina moja nie będzie zbyt wielka.

Kierunek drugi: szukanie dróg w y j ś c i a  z kryzysu nadziei. Powiem o tym najprościej, powołując się na znany fakt. Mamy w Polsce postać o. Kolbego, który – czy się tego chce, czy nie – jest częścią naszych ostatnich dziejów. O. Kolbe jest kimś więcej niż franciszkaninem, który poświęcił swe życie za drugiego. Jest on także żywym wcieleniem naszej, polskiej, gdzieś we krwi naszej zawartej, ale nigdzie do końca nieopisanej f i l o z o f i i   c z ł o w i e k a. Zaś na Zachodzie mamy: egzystencjalizm, strukturalizm, cybernetykę, alienację i teorię zachowania na deser. Fakt Kolbego jest absolutnie poza tym wszystkim. Takiego świadectwa człowiekowi, jakie swym uczynkiem dał o. Kolbe, nie dał żaden współczesny kierunek filozofii człowieka. Heidegger mówi: “człowiekowi w jego byciu chodziło o w ł a s n e bycie”. Sartre mówi: “drugi to piekło”. Levi-Strauss mówi: “piekło jest we mnie”. Inny strukturalista mówi: “koniec człowieka”. A my mamy Kolbego. Gdybyż tylko Kolbego! Iluż było takich, o których nikt nie wiedział! W tym leży nasz problem: brak własnej filozofii człowieka idzie w parze z niezwykłą wrażliwością na sprawy człowieka. Naprawdę nie mordowaliśmy swoich królów, nie dobijali rannych, “w klasy” bawiliśmy się trochę jak dzieci, nie napuszczaliśmy na współziomków “capich biesów” rodem z Dostojewskiego, nawet diabła umieliśmy skłonić do tego, żeby dla dobra potępionego przyjął łapówkę. Mimo to na naszych katedrach i w naszych podręcznikach królują “-izmy”. Na tym polega nasz paradoks.

Jest jeden wyjątek: Antoni Kępiński, lekarz psychiatra. Ten wie o człowieku więcej niż Freud, Heidegger, Levinas. W moim przekonaniu to pierwsza po polsku odczuta, po polsku napisana, z polskiej dobroci płynąca, a zarazem uniwersalnie mądra, polska filozofia człowieka. Zarazem jakiś niezwykły sposób ratowania człowieka przed światem i przed samym sobą. Dodajmy: dzieło rozchwytywane przez ludzi i zarazem cudownie nieobecne na kartach ostatnich prac poświęconych filozofii człowieka.

Czy istnieje zatem jakiś polski horyzont wyjścia z polskiego kryzysu nadziei? Myślę, że istnieje. Odkrył go Kolbe, ale go nie nazwał. Po prostu zrobił to, co zrobił. Rzeczą filozofii jest: z r o z u m i e ć   i   n a z w a ć. Tu widzę szansę i trudne zadanie.

Takie mniej więcej były moje dotychczasowe poszukiwania pod hasłem “filozofia bez etykiety”. A co będzie jutro? Pytanie dotyka marzeń. Trudno mówić o marzeniach. Myślę, że jutro także nie przekroczę własnego cienia. Wiem, że idąc na kolejne spotkanie z człowiekiem, kolejne kazanie, kolejną popularyzację, będę gdzieś w głębi duszy dręczony myślą, że nie robię tego, co robić powinienem. Zawsze muszę kopać o te pół metra dalej, niż – jak mi się wydaje – znajduje się mój skarb. Nawet teraz wydaje mi się, że niepotrzebnie o tym piszę. Czy nie lepiej jest uprawiać filozofię, niż pisać o uprawianiu filozofii? I chyba tak będzie do końca życia. Powiem wtedy: nie zrobiłem tego, co zrobić chciałem, nie zrobiłem tego, co zrobić mogłem, nie zrobiłem nawet tego, co naprawdę trzeba było zrobić. Co zrobiłem? O tym powiedzą inni. Niech wymyślą etykietę.

Wydaje mi się, że przed wszelkim filozofowaniem, zwłaszcza u nas, trzeba dokonać istotnego wyboru: trzeba wybrać z tego, o czym myśleć można, to, o czym myśleć t r z e b a. Ale to, o czym myśleć trzeba, nie przychodzi u nas z kart książki , lecz z twarzy zaniepokojonego swym losem człowieka.

Kiedyś filozofia rodziła się z podziwu wobec otaczającego nas świata (Arystoteles). A potem także z wątpienia (Kartezjusz). A teraz, na naszej ziemi, rodzi się ona z bólu. O jakości filozofii decyduje j a k o ś ć   b ó l u ludzkiego, który chce filozofia wyrażać i któremu chce zaradzać. Kto tego nie widzi, jest bliski zdrady.